Ania Kruk

5 rzeczy, których nauczyłam się na studiach

Cześć wszystkim w kolejny piątek! Dziś 2 wrześnie, zaczyna się szkoła, więc i mi przyszła taka refleksja do głowy: 5 rzeczy, których nauczyłam się na studiach (do etapu szkolnego mi trochę dalej i pamięć zawodzi…). Oczywiście, mógłby powstać też tekst „5 rzeczy, których NIE nauczyłam się na studiach”, może nawet byłby ciekawszy… Ale postanowiłam zacząć optymistycznie ;) Jeszcze tonem wstępu: moje studia były specyficzne, bo „artystyczne”. Skończyłam 5 lat Wzornictwa Przemysłowego (czyli mówiąc prościej: Designu) na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu. Dlatego moje studenckie doświadczenie to też pracownie z podłogą poplamioną farbą, wyjazdy na plenery rysunkowe, małe grupy, niestandardowi profesorowie i mało, mało zajęć teoretycznych. Sama praktyka. Nie było wykładów w salach na 100 osób, i w większości przypadków, Twój profesor znał Cię z imienia. Wiem, że na innych uczelniach, to się rzadko zdarza :) Ok, czyli studia były specyficzne. Ale starałam się, żeby moja 5-tka była jak najbardziej uniwersalna, oczywiście przefiltrowana przez osobiste doświadczenia i refleksje – jak to w całym cyklu "Kruczym Okiem". Zapraszam!

1. Brak specjalizacji czasem nie jest zły
Na mojej uczelni, mogliśmy samemu wybierać swoje pracownie, układać swój plan studiów. W efekcie skakałam po różnych dziedzinach: od projektowania przestrzeni miejskiej, przez architekturę wnętrz, produkt, ciuchy, grafikę projektową, mebel, kroje pisma, plakaty. Najpierw się tym martwiłam: bo przecież słyszysz dookoła, że każdy musi być specjalistą, że co zrobisz, kiedy znasz się na wszystkim i niczym.


Ale to dało mi dwie rzeczy – po pierwsze, przekonanie, że projektowanie tak naprawdę jest jedno. I tu mogłabym pisać przez godzinę tłumacząc o co mi chodzi (zostawię może na inny tekst). Mówiąc w skrócie: te same zasady, sposób myślenia, ten sam proces stoi za projektowaniem domu, krzesła, logotypu, strony internetowej, książki, kroju pisma, usług i doświadczeń, biżuterii a nawet… biznesu oraz firmy. Jak to możliwe? Po prostu wszystko sprowadza się do relacji klient-produkt. Jakie są potrzeby klienta? Czego szuka? Co możemy zrobić, żeby mu ułatwić życie, a nie utrudnić? Co mu sprawia frajdę? Jak zaprojektować przedmiot, który klient po prostu pokocha? Którego będzie chciał używać na co dzień, z przyjemnością, a nie irytacją? Jak mu go wygodnie pokazać, sprzedać, dostarczyć?
Po drugie – po takim różnorodnym doświadczeniu na studiach, było mi łatwiej potem, zakładając własną firmę. Umiałam podstawowe rzeczy zaprojektować i wykonać samemu, nie miałam blokady w głowie "O Boże, to musimy zlecić agencji za grubą kasę". A przy tych, które mnie przerastały – wiedziałam jak współpracować z innymi, bo znałam podstawy z ich dziedzin, rozumiałam jak pracują. Wiedziałam, czego chce.
Trochę jak te kropki ze słynnej mowy Steve'a Jobsa. Nie wiesz, które doświadczenia okażą się przydatne, dopóki nie spojrzysz na nie z perspektywy i nie połączysz kropek.

2. Samodzielność
Na studiach nikt nie prowadzi Cię za rękę. Liceum się skończyło. Na ASP projekty prowadzisz samodzielnie: dostajesz hasło na początek, robisz research, a potem przychodzisz na konsultacje, pokazując kolejne fazy projektu. To od Ciebie zależy ile z tego wyciągniesz, czy projekt będzie dobry, czy się czegoś nauczysz, czy tylko będziesz się migać. Jak w życiu: chcesz robić fajne rzeczy to po prostu je rób. I nie mówię tu, że byłam wzorową studentką, były przedmioty, gdzie przez całe pół roku się chowałam, i efekt na koniec był marny. I to też była nauczka: wyrzuty sumienia, że zmarnowałaś czas. Że nie masz projektu do portfolio, a inni zrobili w tym czasie ciekawe rzeczy.
Szczególnie mocno to widziałam, kiedy wyjechałam na studia do Barcelony. Tam wszystkich studentów prowadzono za rękę, tłumaczono zajęcia krok po kroku, mówiono: najpierw narysuj to, a potem tamto. To było fajne i bardzo dużo się nauczyłam – ale nie mogłam otrząsnąć się z wrażenia powrotu do liceum, że traktują nas trochę jak dzieci. Kiedy na koniec roku musieliśmy zrobić projekt samodzielny, na podobnych zasadach jak w Polsce, większość studentów zamiast pracy z porządnym researchem i wnioskami, przyniosła coś na poziomie licealnej prezentacji. Nie umieli się odnaleźć, pracując samemu.
Wniosek? Przydają się i mocne podstawy i trochę samodzielności, w odpowiednich proporcjach i w odpowiednim momencie.



3. Prezentacja jest tak samo ważna jak projekt
I to odnosi się do wielu, wielu aspektów w życiu. Możemy to przeklinać, mówić, że forma nie powinna przesłaniać treści, że to nad czym pracujesz to projekt sam w sobie, a nie ozdobniki dookoła. Ale ludzi i świata nie zmienisz: a my jesteśmy leniwi, oceniamy po pozorach i wyglądzie, nie chce nam się wgryzać i szukać wartości w rzeczach, których na pierwszy rzut oka nie rozumiemy.
Dlatego tak samo ważne jest: jak projekt pokażesz, jak są przygotowane materiały, czy umiesz jasno powiedzieć o co w nim chodzi, czy widać, że jesteś w projekt zaangażowany i coś Cię w nim ciekawi (jeśli dla Ciebie projekt jest nudny, jak ma być ciekawy dla odbiorcy?), czy umiesz zainteresować nim innych, jak wyglądają Twoje plansze, rysunki, zdjęcia, jak wyglądasz Ty. Czy się uśmiechasz. Tak. Serio. Z mojego doświadczenia wynika, że czasem ważniejsze jest czy się uśmiechasz, niż to, co dokładnie mówisz. Bo ludzie zapamiętują emocje, a nie fakty i słowa.
Bardzo, bardzo brakuje u nas w szkołach, żeby ktoś nas uczył jak prezentować projekty. W efekcie, walczymy, metodą prób i błędów, stresując się i zacinając, wstydząc się mówić i prezentować.

4. Warto zmieniać uczelnie i szukać nowych doświadczeń
Studiowałam w Poznaniu, trochę mi nawet szkoda, że trafiłam jeszcze na system 5-letni. Teraz sobie myślę, że dobrze byłoby zmienić kierunek, lub uczelnię po 3 latach, kiedy już znasz siebie trochę lepiej, wiesz co lubisz, a czego nie. A tak, to lecisz siłą rozpędu, bo przecież trzeba skończyć studia.
Warto wyjeżdżać, kiedy masz na to okazję. Jestem pokoleniem Erasmusa, wyjechałam dzięki temu na studia do Lyonu, do Francji, wyjeżdżała z resztą większość moich znajomych. Ze stypendium Leonardo Da Vinci zdobyłam z kolei praktyki w Barcelonie, a potem zostałam tam na roczne studia, już prywatnie. W Polsce, po powrocie, zapisałam się na podyplomówkę z Zarządzania na Uniwersytecie Ekonomicznym, to już kiedy założyłam firmę.
I każda z tych uczelni była zupełnie inna, każda miała swoje plusy i minusy. W każdej musisz zaczynać od zera, nieznane Tobie zasady, ludzie, język. Bardzo dużo się wtedy uczysz.
Warto też od początku studiów chodzić na praktyki, tak, nawet te niepłatne. Byłam, przeżyłam. Pracować za free? Tak, bo na początku, wartość Twojej pracy dla firmy nie jest za duża. Więcej czasu inwestują ucząc Ciebie i przydzielając zadania, niż faktycznie ty im zwracasz w formie mierzalnych dla firmy efektów. Więc traktuj to jako najlepsze (bo najbardziej praktyczne i życiowe) zajęcia szkolne. A kiedy poczujesz, że już umiesz, potrafisz, znajdziesz klientów – jak najszybciej zacznij pracować, robić zlecenia. Uczelnia uczelnią, ale praca z klientem to prawdziwa lekcja pokory.

5. Warto robić rzeczy, które lubisz
Na koniec anegdota, o mojej pracy dyplomowej. Wiele osób na 5-tym roku budzi się myśląc: kurczę, kończę studia, potrzebuję porządnego projektu-gwiazdy do portfolio, który pozwoli mi zdobyć pracę po studiach. I pewnie to ma sens. Ja, troszkę buntowniczo, poszłam w drugą stronę. Pomyślałam: „Kurczę, to ostatni rok studiów, a potem tylko zlecenia dla klientów. Chcę zrobić taki projekt, na który potem już nigdy nie będę miała czasu. I chcę go zrobić z dziedziny, o której mało wiem, żeby maksymalnie dużo się nowych rzeczy nauczyć.” Ja, jak to ja, zdecydowałam się zrobić 2 dyplomy, oprócz właściwego (o którym niżej), jeszcze tzw. aneks: z typografii (już wtedy byłam wkręcona w projektowanie krojów pisma, co przerodziło się potem w pierwsza poważną pracę – dla Google). Ale generalnie: mój dyplom miał mi po prostu sprawić frajdę. I być fajny. Nie oczekiwałam po nim wiele więcej.
Zajęłam się dziedziną: projektowanie informacji. Zrobiłam stronę internetową 100years.pl (już jej nie ma, został tylko film na VIMEO, jeśli chcecie zajrzyjcie tutaj ) z prostymi animacjami we Flashu (tak, to były czasy, kiedy Flash jeszcze żył…). 100 lat historii Polski i zmian jakie zachodziły w strukturze narodowościowej naszego kraju. Zawsze mnie to fascynowało, jak od kraju tak zróżnicowanego etnicznie, przeszliśmy do modelu z tak niskim % innych nacji. Zrobiłam porządny research (sama, bo mimo rozrzucenia ulotek na Wydziale Historii, nikt się nie zgłosił), i zaczęłam się uczyć Flasha ;) Graficznie – widzę teraz milion rzeczy do poprawy. Do treści też można mieć zastrzeżenia, bo jednak research studentki ASP to co innego niż badania historyczne.
Ale projekt chwycił. Byłam w lekkim szoku. 100 years.pl został finalistą konkursu MAKE ME! na Łódź Design Festival (najważniejszy festiwal designu w Polsce), zaczęłam dostawać maile od poważnych instytucji historycznych, w indeksie na koniec studiów pojawiła się szósteczka, oraz największe wyróżnienie (i kolejny szok) – dostałam stypendium im. Marii Dokowicz za najlepszy dyplom dziedziny projektowania, które jest dużym zaszczytem i jeszcze większym zastrzykiem finansowym dla studenta.
Dlaczego projekt chwycił, skoro wcale nie był idealny i super pro? Chyba po prostu dlatego, że był ciekawy. Fajny. Prosty. Skomplikowane procesy pokazywał w łatwy sposób (Tetris). A ja naprawdę po prostu dobrze się bawiłam, czytając, rysując i ucząc się nowych rzeczy.

Tyle mojego filozofowania, bo jak zwykle tekst wyszedł 3 razy dłuższy niż miał. Powiem tylko na koniec, że ta najważniejsza lekcja, numer 5, stała się jedną z zasad, którymi kieruję się na co dzień, w pracy i w biznesie. Jakkolwiek niepoważnie by brzmiała. Ja po prostu uważam, że należy robić fajne, dobre rzeczy. Nie ma co silić się na sztuczną powagę, jeśli coś wydaje Ci się nudne, to pewnie odbiorcy również. Jeśli coś wydaje Ci się ciekawe i fajne, to klient również to doceni.
Ale to temat na zupełnie nową piątkę.

Ściskam Was!
Ania
Trwa ładowanie komentarzy...