Ania Kruk

Wojciech Kruk: 5 miejsc w Polsce, które chciałbym odkryć na nowo

Witam w kolejny piątek! Dziś znów na blogu gość specjalny - mój tata. Ale że mamy jeszcze wakacje, to tym razem, zamiast o biznesie, namówiłam go na tekst o podróżach. Zapraszam!


Każdy z nas ma swój własny pomysł na życie i na spędzanie wolnego czasu. Dobiegając do siedemdziesiątki (nie wiem kiedy ten czas minął!) pojawia się refleksja: dużo już w życiu widzieliśmy, i teraz wola odkrywania nowych światów jest mniejsza, niż chęć powrotów do miejsc, które się już poznało, zapamiętało, z którymi są związane miłe wspomnienia. Wracając, dajesz się zaskoczyć zachodzącym zmianom, weryfikujesz swoje wspomnienia, a czasem po prostu: się rozczarowujesz. I to też jest ciekawe.
Jesteśmy z żoną pasjonatami historii, muzeów, przyrody. Oraz, co może wynika z naszego wieku, dobrego spania i jedzenia. Z biegiem lat zmieniały się proporcje między tym, co było dla nas w podróży najważniejsze. Przez długie lata co najmniej raz w roku ruszaliśmy w „podróż studyjną” po Polsce (dziś to się podobno nazywa roadtrip, jak podpowiada mi córka), czasem dłuższą, czasem krótszą. Jak tylko dzieci wyrosły z wieku moczenia się w ciepłym basenie, to właśnie takie podróże, z mapą (nie było jeszcze GPSów), przewodnikiem turystycznym i tatą jako kierowcą, stały się naszym sposobem spędzania wakacji. Potem dzieci poczuły adrenalinę i zaczęły zwiedzać świat na swój bardziej ekstremalny sposób. Sorry, ale włóczenie się z plecakiem, tunele Vietkongu w Wietnamie, czy pustynie Boliwii, to nie nasz pomysł na spędzanie wolnego czasu. Może jestem za stary, w końcu za chwilę ta siedemdziesiątka, ale wolę golf i tenis, i dopóki nie zdziadzieję, jak kiedyś nieopacznie to ogłosiłem, co roku tradycyjny wyjazd na narty.

Ale wróćmy do naszych sentymentalnych podróży po kraju. W ostatnich latach lubimy z żoną wyjechać na tak zwany długi weekend, właśnie do miejsc, w których kiedyś byliśmy. Rodzi to zabawne sytuacje, kiedy szukamy hotelu, który przecież kiedyś był, a teraz go nie ma. Jak znikają zapamiętane przez nas kawiarnie czy restauracje. Tylko zabytki są takie same – i te 20-30 lat w takich sytuacjach nie robi wielkiej różnicy…



1. Kiermusy, Podlasie

Byliśmy tam w latach 90-tych. Stary, polski dwór, skrzypiące podłogi i karczma, gdzie masz dwa dania: mięsne lub rybne, podawane na drewnianych deskach, obsługa w kontuszach. „Ostatnia ostoja szlachetczyzny w Polsce” – tak się reklamowano. Chcemy tam wrócić, może w przyszłym roku. To bardzo atrakcyjny rejon, pełen ukrytych skarbów. Białystok – bywałem tam dawniej i nie tak dawno. Mało które miasto przeszło taką metamorfozę. Supraśl, Tykocin, Choroszcz i Pentowo, światowa stolica bocianów. Naprawdę jest tam co zwiedzać, co jeść i pić. Ach i jeszcze bym zapomniał: przepiękna Biebrza.



2. Ciechocinek, Toruń
W Ciechocinku jako 12 letni chłopak pod opieką mojej babci spędzaliśmy z siostrą wakacje. Z tego okresu niewiele pamiętam, tylko tężnie i przy nich piękny, duży basen. Parki i piękne gazony kwiatowe, fontanny „Grzybek” oraz „Jaś i Małgosia”. I dla mnie najważniejsze: dyplom za zajęcie drugiego miejsca w turnieju tenisowym.



Po wielu, wielu latach, wróciłem do Ciechocinka. Spędziliśmy tam jeden z tegorocznych sierpniowych weekendów. Wrażenia mieszane: fontanny jak były, tak są. Park, kwiaty może nawet ładniejsze, tężnia może trochę mniejsza, wszechobecne stragany (ale to stała zmora wszystkich polskich kurortów). Największe rozczarowanie: nie ma basenu między tężniami tego kultowego miejsca, które oglądałem na czarno-białych zdjęciach moich dziadków jeszcze z lat 30 ubiegłego wieku. Taka nasza Polska specyfika: umiemy budować za ogromne pieniądze aquaparki, a nie potrafimy utrzymać basenu, który od zawsze był atrakcją i historią tego uzdrowiska. Podsumowując: Ciechocinek taki sobie.
Natomiast Toruń – miłe zaskoczenie. To miasto znałem ze szkolnych wycieczek, a potem krótkich biznesowych wizyt. Teraz spędziliśmy tam całą niedzielę. Fakt, że na deptakach tłok niemiłosierny. Ale jakoś nam to nie przeszkadzało: wszędzie kolorowo, ładnie i czysto. Teatrzyki na ulicy, występy, śpiewy. Bardzo duże wrażenie zrobiło na nas swoimi zbiorami muzeum w ratuszu, ciekawie pokazana historia regionu i zaskakująco dobre zbiory malarstwa. Czasem zapominamy, że dobre zbiory sztuki, to nie tylko Muzeum Narodowe w Warszawa lub krakowskie Sukiennice.



3. Kołobrzeg
Kołobrzeg - morze wspomnień, szczególnie z lat 80-tych. Niewiele pozostało z tamtej PRL-owskiej, szarej rzeczywistości. Tym razem pojechaliśmy w listopadzie, baliśmy się sezonowego tłoku i to był dobry wybór. Miły hotel, wino, dobre jedzenie i długie spacery. Przyjaciel, znawca Kołobrzegu, zaprogramował nas kulinarnie: od wykwintnych restauracji po budki ze śledziami (ale jakimi!). Co ważne i jest znakiem nowych czasów: trafiliśmy na naprawdę wysoki poziom obsługi. Kelner umiał mówić w zachęcający sposób o każdej potrawie, zaproponować odpowiednie wino, opowiedzieć, co zmieniło się w mieście. Na pytanie skąd tak precyzyjnie umie opowiadać o serwowanych w restauracji potrawach, odpowiedział, że u nich każdy nowy pracownik się szkoli i próbuje wszystkich dań, żeby je poznać i wyrobić sobie o nich zdanie. W Poznaniu w całkiem dobrej knajpie na moje pytanie: „Co polecacie?”, dostałem odpowiedź: „Nie wiem, ja tu nie jadam, bo jest za drogo”. Widać, że niektórzy biznesmeni z branży turystycznej dogonili już Europę. Kołobrzeg ewidentnie na plus.



4. Świeradów, Polanica
W ostatnich latach spędzaliśmy kilka razy Sylwestra właśnie w Świeradowie. Polskie uzdrowiska mają taką atmosferę, że naprawdę miło można tam spędzić weekend. Ale trudno mi sobie wyobrazić dłuższy w nich pobyt i reżim zabiegów leczniczych. Może jeszcze ciągle jestem zbyt zdrowy lub zbyt przyzwyczajony do aktywnego wypoczynku. Te miejscowości nie zostały tak zdewastowane urbanistycznie, jak na przykład Karpacz czy Szklarska Poręba (w mojej opinii). Zachowały swój stary, poniemiecki charakter. Troszkę mniej tam straganów, budek z piwem i kebabem.



Polanica pięknie się odbudowała po tragicznej powodzi, liczne inwestycje ostatnich lat spowodowały, że miasto pozbyło się PRL-owskich naleciałości i niewiele się różni od niemieckich Badów. Z kolei Świeradów, położony na końcu świata, był przez długie lata zupełnie zapomniany, dlatego też obecnie łatwiej mu się rozwijać. Pensjonaty rosną jak grzyby po deszczu, nowoczesna kolejka linowa też robi swoje. Chleb ze smalcem, kaszanka z ogórkiem i pstrąg popity piwem przy kominku w Chacie Izerskiej niedaleko kolejki rozgrzeje zawsze bez względu na mróz. Bal Sylwestrowy w najpiękniejszej chyba w Polsce modrzewiowej hali zdrojowej, to też niezapomniane przeżycie.

5. Bieszczady
I wreszcie Bieszczady, o których można pisać bez końca. Pierwszy raz tam byłem w latach 70-tych, wróciliśmy z dziećmi, kiedy miały 10-12 lat, chyba w 1994 roku. Zagubiona w lesie oberża, z czarującym (wiecznie pijanym…) kucharzem. Na pytanie „Co można zamówić na kolację?”, najpierw powiedział, że wszystko. Potem niby słuchał i przyjmował zamówienie, a i tak przyniósł co miał w kuchni. I było pyszne. To miało swój smak, urok i robiło wrażenie. Wszystko przebiła poranna deklaracja kucharza, że dziś śniadania nie ma, bo jedziemy konno uprowadzać pociąg i jak wrócimy koło 12-tej, to wtedy możecie coś zjeść, razem z uprowadzonymi pasażerami. Dziś podobno prawdziwych Bieszczad już nie ma, ale nie wiem, trzeba znów pojechać i sprawdzić…



To takie subiektywne refleksje o podróżowaniu po Polsce i kilku ciekawych miejscach. Gdybym pisał za miesiąc, może opisałbym inne wyjazdy. Ania zamówiła u mnie tekst na ten piątek, a ja muszę słuchać, bo w końcu u nich trochę pracuję ;)
Trwa ładowanie komentarzy...