Ania Kruk

5 filmów mojego dzieciństwa

Cześć w kolejny piątek! Czy Was czasem też ogarnia sentymentalny nastrój? Mnie ostatnio wzięło na wspominanie, i to właśnie wspominanie filmów z dzieciństwa. Nie wiem dlaczego – może przez to, że mój mąż jest Hiszpanem, i cały czas nas bawi szukanie różnic i podobieństw w sposobie w jaki wyrastaliśmy. Zabawnie jest porównać filmy, które oglądał on, w Barcelonie, a te, na które wybierałam się do kina ja w Poznaniu. Niektóre mamy wspólne, niektóre zupełnie inne. Wybrałam dla Was moją piątkę. To filmy na których płakałam lub śmiałam się ponad 20 lat temu – i nawet jeśli niektóre nie przetrwały próby czasu (chociaż wydaje mi się, że większość tak), to w mojej głowie, nadal patrzę na nie oczami małej dziewczynki – i ten sentyment wygrywa z recenzjami wszystkich krytyków filmowych!

5. Beethoven (1992)
Każda rodzina ma ulubione komedie, które może oglądać w nieskończoność. A co najważniejsze: które może oglądać RAZEM. U nas był to „Bethoveen”. Może dlatego, że też mieliśmy psa :) Fajnie się oglądało historię takiej typowej, filmowej amerykańskiej rodziny w białym domku z równo przystrzyżonym trawnikiem, trójką dzieci, która robi dużo, dużo hałasu, mamą o blond (oczywiście) włosach i ciągle złoszczącym się ojcem. Do teraz słyszę okrzyk „BETHOVEEN !!! ”


PS. Mam wrażenie, że Bonnie Hunt w latach 90-tych była etatową mamą w amerykańskich filmach. Kojarzycie ją z innych komedii? Chociażby „Fałszywej dwunastki” ze Stevem Martinem?


4. Moja dziewczyna (1991)
Jak ja płakałam na tym filmie! Najbardziej emocjonujący, wzruszający, mądry film z dzieciństwa. 11-letnia Vada jest wyjątkowa. „Inne dziewczynki jej nie rozumieją, a chłopcy się jej boją” - mówi Thomas, jej najlepszy przyjaciel (Macaulay Culkin! Skoro lata 90-te, to musi być Macaulay Culkin!). Wychowuje ją samotnie tata, który prowadzi dom pogrzebowy. Kiedy tata zaczyna ponownie umawiać się na randki, wywołuje to rewolucję w życiu Vady. Piękna opowieść o dzieciństwie, przyjaźni, dorastaniu. Przygotujcie chusteczki…


3. Ostatni Smok (1995)
Teraz każdego roku wychodzi kilkanaście produkcji w klimacie Fantasy lub ekranizacji komiksów. W latach 90-tych (tak, jestem dzieckiem lat 90-tych…) nie było ich aż tak dużo, ale kilka perełek pozostało do dziś niezapomnianych. Moje ukochane filmy to był „Ostatni smok” i „Jumanji”. Wahałam się, który z nich tu umieścić, bo do teraz pamiętam ten dźwięk, jaki wydawała gra „Jumanji” kiedy chciała zostać odnaleziona – jakby bicie serca? – i jak bardzo straszno-śmieszny był ten film. Ale jednak wygrał „Ostatni Smok”. Po prostu na jego tle miałam wtedy lekką obsesję. Wypożyczałam go na kasecie VHS (kto jeszcze pamięta wyprawy do wypożyczalni po filmy?). Kupiłam książkę, przeczytałam ją kilka razy. Smok z głosem Seana Connery i jego szkockim akcentem, rudowłosa, dzielna bohaterka, i główny bohater z zadziornym uśmiechem Dennisa Quaid’a. To był kawał dobrego kina przygodowego! :)



2. I kto to mówi (1989)
Klasyk, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Oglądałam ten film milion razy i za każdym razem tak samo mnie śmieszył. Mikey, noworodek z głosem Bruce’a Willis’a pokazuje nam świat ze swojej perspektywy. Wszyscy bohaterowie są wspaniali! Kristie Allen jako mama, John Travolta, jako taksówkarz, który niespodziewanie wplątuje się w całą historię, starsze pokolenie w postaci eleganckiej babci (z jej strony) i dziadka z krzaczastymi brwiami (z jego strony). Kultowe sceny, kultowe dialogi. Równie udana część druga, trzecia już mniej. Kurczę, chyba już wiem co będę oglądać w najbliższy weekend!


1. Król Lew (1994)
Numer jeden może być tylko jeden i nie ma się czego wstydzić: jestem pokoleniem „Króla Lwa”! Miałam 7 czy 8 lat kiedy poszłam z mamą do kina i przepadłam. To dowód na to, że filmy dla dzieci nie muszą być tylko i wyłącznie wesołe, bo scenę śmierci Mufasy przeżyłam i przepłakałam tak mocno, jak niewiele innych w życiu. Miałam zeszyty z Królem Lwem, naklejki, i tak wtedy popularne „karteczki”. Uwielbiałam Simona i Pumbę, emocjonowałam się powtórnym spotkaniem Simby i Nali, do teraz pamiętam hieny skaczące i śpiewające „bez-król-lew-ie”. I jak miliony innych dzieci: wszystkie piosenki znałam na pamięć. Do teraz się wzruszam jak słyszę „Miłość rośnie wokół nas” lub początek „Circle of Life”… Pięknie zrobiona opowieść!



5 filmów dzieciństwa, a przecież było ich dużo, dużo więcej. Wypożyczane po kilka razy na kasetach. Nagrywane, jeśli leciały w telewizji. Oglądane tysiące razy. A jakie były wasze filmy, które przeżywaliście i oglądaliście w kółko?

Pozdrawiam,
Ania Kruk
Trwa ładowanie komentarzy...